Netflix’s One Piece w końcu przełamał klątwę anime live-action
Ostrzeżenie! Spoilery dotyczące One Piece poniżej!
Nie oczekuję zbyt wiele, jeśli chodzi o adaptacje anime na żywo, a mamy za to Ghost in the Shell Paramount, Cowboy Bebop Netflixa i Death Note streamera. Nie oznacza to, że wszystkie z nich są złe, ponieważ japoński film Death Note z 2006 roku jest niemal arcydziełem, ale to zachodnie adaptacje nieustannie chybiają celu.
Mając to na uwadze, miałem niskie, niskie oczekiwania wobec One Piece Netflixa. Serial został oficjalnie ogłoszony w 2020 roku i starałem się go zignorować. Wciąż byłem wypalony po Death Note z 2017 roku, który zboczył ze ścieżki elektryzującego nadprzyrodzonego horroru Tetsuro Arakiego i skierował się prosto na terytorium Donnie Darko, redukując niemożliwie fajnego i złożonego Ryuka do niczego więcej niż wodnistej wersji Franka Królika. Kiedy Cowboy Bebop Netflixa pojawił się w 2021 roku, czułem się pokonany. Nie było możliwości, aby zespół zachodnich reżyserów i producentów był w stanie wziąć One Piece, serial (i mangę), który jest zarówno tak rozkosznie absurdalny, jak i niezwykle szczery, i przekształcić go w coś, co nie tylko spodoba się zarówno nowym fanom, jak i starym – ale także uhonoruje magię, którą Eiichiro Oda tak starannie stworzył.
Ale udało im się. Zrobili to tak dobrze, że nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio adaptacja (anime lub inna) była tak cenna dla materiału źródłowego. One Piece Netflixa jest dobre. Właściwie to naprawdę dobry. Od zdumiewająco trafnego castingu, przez komiksowe wybory reżyserskie, po dokładne odtworzenie scen z anime, serialowi udaje się uchwycić serce i kaprys One Piece, jednocześnie tworząc zupełnie nowy program, który nawet nowa publiczność fanów spoza anime może się cieszyć.
(Zdjęcie: Netflix)
Teraz serial nie zaczyna się tak, jak odcinek 1 sezonu One Piece – dostajemy trochę budowania świata i ustalania tonu, zanim wskoczymy na spotkanie z Luffym. Chociaż spodziewałem się natychmiastowej satysfakcji (około minuty po rozpoczęciu anime widzimy Luffy’ego uratowanego przez ludzi kapitana Alvidy po unoszeniu się na morzu), nagromadzenie jest więcej niż tego warte. Luffy w wykonaniu Inakiego Godoya jest do złudzenia nieustraszony i przesadnie optymistyczny – dokładnie oddaje ducha swojego odpowiednika z anime. Nie sposób się nie uśmiechnąć, gdy pojawia się na ekranie, zwłaszcza dzięki animowanym, przesadnym minom, które robi, gdy używa swoich gumowych mocy. Światło Luffy’ego nie jest przytłumione ze względu na zachodnią publiczność, która może chcieć bardziej „relatywnego” lub akcji bohatera – Godoy, reżyserzy i scenarzyści upewniają się, że świeci w całej swojej głupkowatej chwale.
Najlepsza część – najmocniejsza część – serialu jest wtedy, gdy cała załoga Słomkowego Kapelusza jest razem. Powoli poznajemy każdą z głównych postaci podczas ich podróży – i już w pierwszym odcinku znajdujemy Zoro (Mackenyu), Luffy’ego i Nami (Emily Rudd) w tym samym barze… I wtedy zacząłem krzyczeć. Łatwo zauważyć, ile czasu i uwagi poświęcono na znalezienie obsady do tego serialu. Jest to widoczne w pierwszej interakcji Zoro i Luffy’ego jeden na jednego, zestawieniu diabelskiej postawy Zoro i niekończącej się wyporności Luffy’ego. Zoro w wykonaniu Mackenyu jest zbyt fajny jak na szkołę, a Nami w wykonaniu Rudda jest zaciekle niezależna i niemożliwie uparta – i mimo że na początku się ścierają, nie można zaprzeczyć wyczuwalnej chemii między tymi dwoma aktorami. Kiedy w końcu poznajemy pozostałych członków załogi Słomianego Kapelusza, Usoppa (Jacob Romero Gibson) i Sanjiego (Taz Skylar), cała seria się łączy.
Następnie, oczywiście, musimy zatrzymać się i podziękować studiu za obsadzenie Agents of S.H.I.E.LD Jeffa Warda jako Buggy’ego Pirata Klauna i Stevena Johna Warda jako Mihawka. W anime i mandze Buggy nie wzbudza większego strachu, ale Ward gra Buggy’ego bardziej jak Jokera – sadystycznego klauna z nienasyconą żądzą krwi. To niesamowita scena walki, którą studio zdecydowało się podnieść: zamiast rozgrywać się na ulicy miasta, które Buggy zniszczył, znajdujemy załogę Słomianego Kapelusza uwięzioną w namiocie cyrkowym – dosłownie biorąc nazwę statku Buggy’ego, Big Top. Wybory takie jak te sprawiają, że jest bardziej niż jasne, że serial został stworzony przez fanów, przez ludzi, którzy naprawdę chcieli zobaczyć coś, co kochają, ożywione (nowym) życiem.
I właśnie tam inne adaptacje zawodzą: odchodzą zbyt daleko od materiału źródłowego, nie biorą pod uwagę tego, co sprawia, że oryginalny materiał działa lub co fani naprawdę w nim kochają. Zamiast podnieść poziom materiału, zmieniają go w coś nierozpoznawalnego. Anime wie, czym jest, a akcja na żywo powinna wiedzieć, że jest oparta na anime. To nie film Scorsese, to nie Sopranos, to adaptacja na żywo oparta na gatunku animacji, który jest uwielbiany na całym świecie za bycie skandalicznym i przesadzonym.
(Zdjęcie: Netflix/Toei Animation)
Netflix’s One Piece wie, że jest to program telewizyjny oparty na kreskówce o facecie z gumy, który chce zostać piratem – i nie próbuje być niczym innym. Dodali nawet krzyk Wilhelma do sceny, w której Mihawk dzieli łódź na pół, dając widzom znać, że nie stronią od kampowości – pochylają się nad nią.
Dla mnie oryginalna seria jest celebracją niezależności, podążania za własną strzałą, gdziekolwiek ona wskazuje, i robienia wszystkiego, co w naszej mocy, aby spełnić swoje marzenia – nawet jeśli nie są one najbardziej realistyczne. To coś wyjątkowego, a showrunnerzy Matt Owens i Steve Maeda wiedzieli o tym od momentu, gdy podpisali umowę na rozwój serialu. One Piece Netflixa to triumf, praca miłości i miejmy nadzieję znak, że zachodnie adaptacje zmierzają we właściwym kierunku.
Pierwszy sezon One Piece jest już dostępny w serwisie Netflix. Aby uzyskać więcej informacji, prosimy zapoznać się z naszą listą najlepszych seriali Netflix do streamowania już teraz.